Patronka

Zofia (Anna Dorota) Chrzanowska

Niejedna twierdza obroniła się dzięki walczącym w niej „dzielnym mężom”. Ale jedna ocalała dzięki mężnej żonie.

Zamek w Trembowli nie był wielki, ale mocno siedział na górującym nad miastem skalnym występie. Jego grube na 4 metry mury dawały ochronę przed kulami armatnimi – o ile tych kuł nie było zbyt wiele. Ale jesienią 1675 roku właśnie było ich zbyt wiele. Bo też i tureckich napastników było mrowie – na jednego obrońcę przypadało ich prawie pięćdziesięciu. Przywiódł ich tu sułtański zięć Ibrahim Szyszman. Pasza spodziewał się, że zamek podda się bez walki, albo padnie od przypuszczonego z marszu ataku. Zdobył już przecież Raszków, Mohylów, Podhajce, a nawet osławioną z czasów wojny kozackiej fortecę w Zbarażu. Teraz jednak srodze się zawiódł. Gdy szeregi w turbanach zbliżyły się do murów, zmasakrował je ogień armat. Trzeba było rozpocząć regularne oblężenie – otoczyć twierdzę, wykopać rowy, usypać wały i zatoczyć na nie działa.

Sądne dni…

I rozpętało się piekło. Na zamek spadło kilka tysięcy kuł armatnich, ponad 400 granatów i bez liku pocisków z broni ręcznej. W tumanach dymu prochowego fruwały dachówki z rozbitych dachów, z hukiem zapadały się belkowania. Wszędzie leżał gruz z potrzaskanych murów. Krzepka budowla, dzień po dniu, coraz bardziej zaczynała przypominać kupę bezładnie porzuconych kamieni. Złożona z 80 żołnierzy i 200 uzbrojonych chłopów i mieszczan załoga zaczęła gwałtownie topnieć. Po dwudziestu dniach kanonady i szturmów większa część garnizonu twierdzy poległa. Było wielu rannych. Na wyczerpaniu były zapasy żywności i amunicja, a zapowiedziana odsiecz królewska nie nadchodziła. Zaraz znaleźli się tacy, którzy twierdzili, że żadnej odsieczy w ogóle nie będzie. Pomiędzy obrońców wkradło się zwątpienie. Walczący dotąd dzielnie dowódca zamku, kapitan Jan Samuel Chrzanowski, uznał, że dalsza obrona nie ma sensu. Zebrana na naradzie wojennej starszyzna uznała, że nazajutrz trzeba się poddać.

I wtedy wmieszała się żona komendanta, Anna Dorota Chrzanowska (zwana też Zofią), ponoć bardzo piękna kobieta. Gdy usłyszała, że żołnierze radzą nad kapitulacją, wpadła w furię. Z dwoma nożami w dłoniach stanęła przed mężem. Kronikarz zapisał jej słowa:

„Tą bronią zabiorę ci życie, mężu, i sama sobie śmierć zadam, jeżeli natychmiast nie przysiężesz, że zamku nie poddasz i do ostatniego tchu bronić go nie przestaniesz. Na miłość Boga, ojczyzny i wiarę małżeńską, mężu! Szanuj wiek swój spędzony na usługach krajowych i jako dobry ojciec pozostaw nieskalane imię swym dzieciom!”.

Zdecydowanie pani komendantowej odniosło skutek – załoga postanowiła raczej paść pod gruzami, niż się poddać. Kilku najbardziej opornych zamknięto w piwnicy, reszta zajęła stanowiska na murach. Pani Chrzanowska wymogła na obrońcach nawet zorganizowanie zbrojnego wypadu za mury. Turcy przekonani, że załoga jest już prawie pokonana, byli całkowicie zaskoczeni. Sama pani Chrzanowska wzięła udział w akcji, walcząc w stroju rycerskim i z szablą w ręku. Wróciła do zamku poraniona, ale wciąż pełna energii. Jednak samą energią długo żyć nie sposób. Każdy dzień pogarszał stan zamku i obrońców. Zdolnych do walki nie starczało już nawet na skuteczne obsadzenie linii murów. Turcy próbowali podkopów i nie wiadomo było, czy nie podłożą min. 10 października było już jasne, że dalsza obrona wkrótce stanie się niemożliwa. Gdy jednak nadszedł mglisty poranek n października, okazało się, że… Turcy odeszli! Ibrahim Szyszman nie chciał ryzykować spotkania z nadciągającymi wojskami króla Jana III Sobieskiego. Wiedział, że dalsza zwłoka pod murami twierdzy mogła się skończyć klęską podobną do tej, jaką wcześniej Turcy ponieśli pod Chocimiem. Gdy król dotarł do Trembowli, przywitali go obszarpani i okrwawieni, ale szczęśliwi obrońcy. Pani Chrzanowska okryła się nieśmiertelną sławą. Rok po tych wydarzeniach sejm Rzeczpospolitej nadał obojgu małżonkom szlachectwo, byli bowiem stanu mieszczańskiego. Jan Samuel Chrzanowski awansował na pułkownika. Później nagrodzono go też ważnymi urzędami i do śmierci wraz z żoną cieszyli się sławą bohaterów. Legenda heroicznej obrony Trembowli przetrwała wieki. Śpiewano o niej pieśni, pisano poematy, zaś opodal zamku stanął pomnik pani Chrzanowskiej.

Na podstawie testamentu sporządzonego przez jej męża można przypuszczać, że z pochodzenia była Niemką. Jej rodowe nazwisko brzmiało Frezen. Dzięki swojej postawie w czasie oblężenia zamku przez Turków przeszła do historii jako polska bohaterka narodowa. Przez wieki w Trembowli i okolicy mówiono o niej „nasza Zosieńka”. Imię to przypisano jej z niewiadomych przyczyn i pod tym imieniem zapamiętała ją legenda.

Mieszkańcy Trembowli wznieśli swojej najsławniejszej obywatelce pomnik. Jego ostatnia wersja, dłuta artysty Jana Bochenka, przedstawiała smukłą kobietę w rozwianej sukni, wskazującą wroga wyciągniętą ręką. W drugiej trzymała nóż.Napis na tablicy głosi: „1673 Zofii Chrzanowskiej, bohaterce, obywatele miasta Trembowli”. Zachował się też drugi napis: „1673–1923 bohaterskim obrońcom”.W 1944 roku pomnik został zrzucony z cokołu i przez długie lata leżał w trawie.Kilka lat temu rzeźba została wywieziona przez ukraińskich historyków sztuki i prawdopodobnie znajduje się w którymś z muzealnych magazynów na Ukrainie.